Polska na kredyt. Ile naprawdę kosztuje nas państwo i dokąd prowadzi obecna polityka finansowa?
Polacy słyszą o wzroście gospodarczym, inwestycjach, miliardach z Unii Europejskiej, bezpieczeństwie i kolejnych programach. Znacznie rzadziej słyszymy jednak, ile naprawdę kosztuje funkcjonowanie państwa i co stanie się z tym rachunkiem za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Dlatego zamiast politycznych haseł warto spojrzeć na liczby. Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2025 roku deficyt całego sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł 283,97 mld zł, czyli 7,3 proc. PKB, a dług publiczny osiągnął 2,335 bln zł, czyli 59,7 proc. PKB. W samym budżecie państwa dochody wyniosły około 594,5 mld zł, wydatki 870,2 mld zł, a deficyt 275,7 mld zł. Innymi słowy, państwo wydało o setki miliardów więcej, niż zebrało.
To zadłużanie nie zaczęło się jednak wraz z obecnym rządem. Polska od wielu lat funkcjonuje z deficytem, choć jego wielkość bardzo się zmieniała. W latach 2009–2010 deficyt przekraczał 7 proc. PKB, później nastąpiła konsolidacja, a w latach 2016–2019 wynosił około 2,4 proc., 1,5 proc., zaledwie 0,2 proc. i 0,7 proc. PKB. Rok 2018 był więc okresem niemal równowagi finansów publicznych. Następnie przyszedł COVID i w 2020 roku deficyt wzrósł do około 6,9 proc. PKB. Był to wyjątkowy, globalny kryzys, którego nie można porównywać z normalnym rokiem budżetowym. Co ważne, jego rachunek nie skończył się wraz z pandemią. Jeszcze w 2025 roku państwo przeznaczyło 34,6 mld zł na zobowiązania związane z Tarczami Finansowymi PFR oraz 21,6 mld zł na zobowiązania Funduszu Przeciwdziałania COVID-19, czyli łącznie około 56,2 mld zł. Po pandemii deficyt spadł w 2021 roku do około 1,7 proc., ale później ponownie rósł: 3,4 proc. w 2022, 5,3 proc. w 2023, 6,4 proc. w 2024 i 7,3 proc. w 2025 roku.
Dlatego odpowiedź na pytanie „który rząd najbardziej zadłużył Polskę?” nie jest tak prosta, jak często przedstawia się ją w politycznych sporach. Nominalny dług rośnie przez kolejne kadencje, a na jego wysokość wpływają nie tylko decyzje konkretnego rządu, lecz także długość jego urzędowania, inflacja, wzrost PKB, pandemia, sposób finansowania różnych funduszy i sytuacja gospodarcza. Możemy jednak bezdyskusyjnie stwierdzić, że obecna dynamika zadłużenia jest bardzo wysoka: relacja długu do PKB wzrosła z 49,7 proc. w 2023 roku do 54,8 proc. w 2024 i 59,7 proc. w 2025 roku. To oznacza wzrost o około 10 punktów procentowych w ciągu dwóch lat.
Problemem nie jest jednak sam fakt posiadania długu. Problemem jest koszt jego utrzymywania i to, czy państwo potrafi zatrzymać jego wzrost. W 2025 roku sama obsługa długu Skarbu Państwa kosztowała około 72,8 mld zł. Są to pieniądze, które nie finansują nowych inwestycji, szkół czy szpitali, tylko obsługują zobowiązania zaciągnięte wcześniej. Jednocześnie trzeba sprostować często powtarzane porównanie, że „obsługa długu jest dwa razy większa niż wydatki na zdrowie”. Kwota 46,2 mld zł w budżecie państwa dotyczy konkretnej części budżetowej „Zdrowie”, a nie wszystkich publicznych wydatków na ochronę zdrowia. Całe publiczne finansowanie zdrowia jest znacznie większe. Nie zmienia to jednak faktu, że kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie przeznaczanych na obsługę długu jest ogromnym kosztem dla państwa.
Na co więc idą pieniądze? W całym sektorze publicznym największą kategorią jest ochrona socjalna, która w 2024 roku odpowiadała za około 18,2 proc. PKB, następnie zdrowie około 6,1 proc., sprawy gospodarcze około 5,6 proc., usługi publiczne około 5,2 proc., edukacja około 4,7 proc., a obrona około 2,4 proc. PKB. Widać więc wyraźnie, że problemu deficytu nie można sprowadzić do wynagrodzeń posłów, urzędników czy administracji. Największe pieniądze znajdują się w wielkich systemach państwowych: zabezpieczeniu społecznym, ochronie zdrowia, emeryturach, gospodarce, wynagrodzeniach sektora publicznego, inwestycjach i obronności.
Jednocześnie Polska korzysta z ogromnych pieniędzy europejskich. Krajowy Plan Odbudowy to około 60 mld euro, ale trzeba bardzo wyraźnie rozdzielić dotacje od pożyczek. Około 25–26 mld euro stanowią granty, czyli środki bezzwrotne, a ponad 34 mld euro to pożyczki, które trzeba będzie zwrócić. Do połowy 2026 roku zawarto umowy KPO na ponad 225 mld zł, a wypłacone płatności przekroczyły 79 mld zł. Granty są rzeczywistym wsparciem finansowym, ponieważ część inwestycji może zostać zrealizowana bez zaciągania odpowiadającego im krajowego długu. Pożyczki KPO natomiast nie są „darmowymi pieniędzmi” — są korzystnym źródłem finansowania, ale zwiększają zobowiązania.
Podobnie wygląda program SAFE. Polska uzyskała możliwość wykorzystania około 43,7 mld euro, czyli ponad 180 mld zł, ale są to pożyczki, a nie dotacja. SAFE może być bardzo korzystnym sposobem finansowania wydatków obronnych, ponieważ pozwala pozyskać kapitał na warunkach korzystniejszych niż część finansowania rynkowego. Nie wolno jednak przedstawiać tych pieniędzy jako dochodu budżetu. To zobowiązanie, które trzeba będzie spłacić. Co więcej, SAFE dotyczy finansowania uruchamianego od 2026 roku, dlatego nie można nim tłumaczyć ani pomniejszać deficytu Polski za 2025 rok.
KPO i SAFE pokazują jeszcze jedną ważną rzecz: Polska ma dostęp do ogromnego zewnętrznego finansowania, ale samo zewnętrzne finansowanie nie rozwiązuje problemu strukturalnego deficytu. Możemy otrzymywać miliardy euro na inwestycje, a jednocześnie mieć deficyt sektora publicznego wynoszący 7,3 proc. PKB, jeżeli bieżące wydatki państwa są trwale większe od jego dochodów. To właśnie jest sedno problemu.
Czy obecna polityka prowadzi więc do wyzerowania deficytu? Według aktualnej prognozy Komisji Europejskiej — nie w najbliższych latach. Komisja prognozuje około 6,5 proc. PKB deficytu w 2026 roku i 6,3 proc. w 2027 roku, a jednocześnie wzrost długu do około 64,5 proc. PKB w 2026 i 68,3 proc. w 2027 roku. Oznacza to, że obecna ścieżka nie jest ścieżką szybkiego przejścia od deficytu do nadwyżki. Jest to raczej próba stopniowej konsolidacji przy jednoczesnym utrzymaniu wysokich wydatków i inwestycji.
Czy oznacza to, że Polska zmierza do bankructwa? Nie. Dług na poziomie 59,7 proc. PKB nie oznacza automatycznie niewypłacalności państwa. Polska posiada dużą gospodarkę, dostęp do rynku finansowego i własną walutę. Problem polega na czymś innym: jeśli przez wiele lat wydatki będą rosły szybciej niż dochody, dług będzie się powiększał, a razem z nim będą rosły koszty jego obsługi. Wtedy coraz większa część przyszłych dochodów państwa będzie z góry przeznaczona na zobowiązania zaciągnięte wcześniej.
Czy można dojść do deficytu zero, a później do redukcji długu bez obniżenia poziomu życia Polaków? Tak, ale nie poprzez gwałtowną „głodówkę”. Nie ma potrzeby doprowadzania do sytuacji, w której państwo nagle przestaje inwestować, tnie wszystkie świadczenia i podnosi podatki. Znacznie bardziej racjonalny jest scenariusz, w którym gospodarka rośnie, wynagrodzenia i produktywność rosną, dochody podatkowe zwiększają się wraz z gospodarką, a wydatki państwa rosną wolniej niż dochody. Wtedy deficyt może być stopniowo zmniejszany bez gwałtownego obniżania poziomu życia.
To prowadzi do dwóch możliwych dróg. Pierwsza to szybkie zaciskanie pasa: mocne cięcia wydatków i podwyżki dochodów państwa, które mogłyby szybko zmniejszyć deficyt, ale mogłyby również uderzyć w konsumpcję, inwestycje i poziom życia. Druga to stopniowa konsolidacja połączona ze wzrostem gospodarczym: państwo utrzymuje inwestycje zwiększające produktywność, ogranicza wzrost wydatków bieżących, wykorzystuje wzrost gospodarczy do zwiększania dochodów i przez kilka lat zmniejsza deficyt. Ten drugi wariant jest trudniejszy politycznie, ale pozwala pogodzić redukcję długu ze wzrostem zamożności społeczeństwa.
I właśnie tutaj pojawia się często powtarzane hasło o „najszybciej rozwijającej się gospodarce Europy”. Polska rzeczywiście rozwija się szybko: realny wzrost PKB wyniósł około 3,6 proc. w 2025 roku, podczas gdy Niemcy odnotowały około 0,2 proc. Ale tempo wzrostu nie jest tym samym co poziom zamożności. Niemcy nadal pozostają znacznie wyżej pod względem PKB na mieszkańca i faktycznej konsumpcji indywidualnej. Polska szybko dogania bogatsze państwa, ale samo „rosnąć szybciej” nie oznacza, że już osiągnęliśmy ich poziom życia.
Dlatego najbardziej uczciwe podsumowanie polskich finansów publicznych nie brzmi: „ten rząd wszystko zepsuł” ani „poprzedni rząd wszystko zepsuł”. Dane pokazują coś bardziej niewygodnego: kolejne rządy korzystały z deficytu, choć w różnych latach jego skala była skrajnie różna. Były okresy bardzo wysokiego deficytu, był okres wyjątkowo niskiego deficytu w latach 2016–2019, był bezprecedensowy szok COVID, a następnie ponownie nastąpił szybki wzrost deficytu. Obecna sytuacja jest szczególnie wymagająca, ponieważ w 2025 roku deficyt osiągnął 7,3 proc. PKB, dług 59,7 proc. PKB, a prognozy na kolejne lata nadal przewidują wysokie deficyty i dalszy wzrost zadłużenia.
Najważniejsze pytanie nie brzmi więc: „czy Polska ma dług?”. Prawie każde nowoczesne państwo ma dług. Najważniejsze pytanie brzmi: „czy potrafimy zatrzymać jego wzrost, zanim koszt jego obsługi zacznie coraz mocniej ograniczać rozwój kraju?”.
Polska nie potrzebuje dziś polityki głodówki. Potrzebuje czegoś trudniejszego: wzrostu gospodarczego połączonego z odpowiedzialnością za wydatki publiczne. Celem powinno być najpierw zatrzymanie wzrostu długu, następnie stabilizacja jego relacji do PKB, później trwałe zbilansowanie dochodów i wydatków, a dopiero następnie generowanie nadwyżek pozwalających redukować zadłużenie. Jeżeli gospodarka będzie rosła szybciej niż zobowiązania państwa, poziom życia Polaków może jednocześnie rosnąć, a ciężar długu maleć.
To nie jest scenariusz niemożliwy. Jest jednak niemożliwy bez zmiany jednego podstawowego mechanizmu: państwo nie może przez kolejne dziesięciolecia wydawać więcej, niż jest w stanie trwale zebrać. Wzrost gospodarczy daje Polsce ogromną szansę na bogacenie się. Pytanie brzmi, czy część tego wzrostu zostanie wykorzystana do budowania majątku i produktywności kraju, czy również do finansowania coraz większych bieżących zobowiązań.
Na koniec pozostaje więc jedna liczba, o której warto pamiętać: 2,335 biliona złotych długu publicznego. I druga: 72,8 miliarda złotych kosztu obsługi długu Skarbu Państwa w samym 2025 roku. To nie jest jeszcze katastrofa ani bankructwo. To jest jednak rachunek, który pokazuje, że decyzje podejmowane dzisiaj będą finansowane również przez przyszłe dochody Polski.
Dlatego prawdziwym sukcesem finansowym państwa nie jest samo ogłoszenie kolejnego programu za kilkadziesiąt miliardów. Prawdziwym sukcesem byłoby doprowadzenie do sytuacji, w której Polska może inwestować, rozwijać się, podnosić poziom życia obywateli, wzmacniać bezpieczeństwo, a jednocześnie nie musi co roku pożyczać kolejnych setek miliardów na pokrycie trwałej różnicy między dochodami a wydatkami.